Mało śpię i dużo jem

   Nie jestem tym typem człowieka, który postanawia coś na Nowy Rok, głównie dlatego, że nie jestem tym typem człowieka, który dotrzymuje dane sobie obietnice, poza tym jestem typem człowieka, który ma przed sobą jeszcze przynajmniej dziesięć lat edukacji i ma na głowie sprawy istotniejsze od rozwoju morale.
Oprócz tego jestem tym typem człowieka, który w czasie porządków wciska wszystko do pudełek, pudełeczek, opakowań po czekoladzie, soku, wodzie, kremie mamy, cukierkach lub długopisie z wbudowanym laserowym wskaźnikiem i doczepia do nich karteczki z napisami w stylu "rzeczy, o których nigdy nie pomyślałbyś, że tu są" albo na przykład "i tak nigdy tego nie ruszysz, wywal to przy pierwszej okazji, ale jeszcze nie dziś, przecież to kawałek twojego życia" lub też "ołówki, karteczki samoprzylepne, łamigłówki metalowe". I właściwie dobrze mi się tak żyje, dopóki nie muszę czegoś znaleźć, a owa konieczność zaszła właśnie dziś, siedemnaście lat od mego poczęcia, mniej więcej. Z racji tego, jakim oddaję się rozrywkom, posiadam dwie karty pamięci, by móc słuchać więcej muzyki, dlaczego miałbym się ograniczać. Traf jednak chciał, że jedna - oczywiście z wiekszym brzuszkiem - gdzieś mi się zapodziała. Postanowiłem więc, mimo że zazwyczaj tego nie robię, nie jestem takim typem człowieka, który postanawia, poza tym jestem typem człowieka, który ma przed sobą jeszcze przynajmniej dziesięć lat edukacji i ma na głowie sprawy istotniejsze od rozwoju morale, ogarnąć trochę szuflady pod biurkiem, bo tam podejrzewałem, że może znajdować się luba zguba.

   Wspomnień czar, nie byłem w stanie nic wyrzucić (prócz jakichś starych biletów, już bez przesady, ludzie kochani, skarciłem się byłem) więc tylko poukładałem wszystko w pudełeczkach, dorzuciłem kilka nowych, ładną puszkę po czekoladkach, teraz w dodatku pachnie mi mleczną nad biurkiem. Naprawdę chciałem trochę powywalać, na co mi te śmieci. No na przykład ładowarka z mojego przedostatniego telefonu, już nie ma takich grubych wejść, ale może się przydać. Albo szydełko i igła preparacyjna, którą trzymam na wszelki wypadek, gdyby przyszli zbójcy. Albo sflaczały, sfatygowany, wymamlany wujaszek Fido, mój przyjaciel z dzieciństwa. Bez ucha, martwymi oczami i nadwagą w spodniach w kratkę, wujaszek Fido lubił zjeść.
Nospa, ibuprom, tymianek i podbiał, hallsy, propolki, cukierki w metalowych puszkach, które można kupić na stacjach benzynowych lub lotniskach, rachunki, pełno rachunków, resztka biletów, drobniaczki, więcej rachunków, przecież ja tyle nie kupuję, na litość boską, okruszki, próbki perfum, ważne dokumenty w stylu umów o dzieło, legitymacji, karty bibliotecznej, przedartej rowerowej.

   A karta leżała na środku, spokojnie, czekała, wiedziała. Tylko jak ja będę teraz jeździł na rowerze?

Nowa sztuka pt.

OSOBY:

Osoba 1

AKT I


Kurtyna podnosi się, widzom ukazuje się przystanek autobusowy. Wszystkie szyby powybijane; metalowe, czerwone stelaże wyglądają nieśmiało spod nalepek z logo lokalnego klubu piłkarskiego, gdzieniegdzie można dojrzeć kreślone w pośpiechu napisy ("Tu był V@nd@!, 2005", "Jebać policję" oraz "Jezus też jeździłby harleyem!") Osoba 1 stoi i patrzy się w dal, którą zasłania budynek stojący po przeciwnej stronie ulicy. Dla Osoby 1 nie jest to jednak szczególna przeszkoda, gdyż jest typem o raczej pogodnym nastawieniu do świata. Postanawia w duchu, że poćwiczy akomodację oka, patrząc raz na budynek, a raz przez niego, we wspomnianą dal.
   Nadjeżdża autobus linii 472 (to ważne!), Osoba 1 wsiada doń, a gdy drzwi już się zasuwają, rzuca na odchodne:
 
OSOBA 1: Długo zastanawiałem się, co godne jest mojej uwagi. I zaintrygowała mnie jedna, jedyna sprawa - czy oni w W11 i Detektywach specjalnie kreują postaci tam występujące tak, że są one mniej niż nieatrakcyjne?  (rzucając na odchodne)


Kurtyna

Straciłem przyjaciela.

Postanowiłem, że jednak czasami miło jest powiedzieć to, czego ustawa nie przewiduje i co nie jest narzucone jak paltocik dziecku w wietrzny dzień. Taki jak dzisiaj, który spowodował moc nieszczęść następujących:

1) Idąc na przystanek po omacku (z braku snu wykształciłem w sobie przydatną technikę relaksacyjną zwaną na potrzeby autora "rób wszystko to, co robisz z otwartymi oczami, zamknąwszy je") trzymałem kurczowo mój wysłużony, czarny, elegancki w każdej sytuacji parasol (słowo to jest jednym z nielicznych dowodów na istniejący wśród narodu polskiego maleńki pierwiastek optmizmu. Pochodzi ono z języka włoskiego -> para + sole - zatrzymywać + słońce, lecz przejął funkcję parapluie (wspomniane zatrzymywanie, tym razem deszczu). Czy to znak, że Polacy wolą myśleć o słonku niż deszczu? Właściwie nie wiem, dokąd prowadzi ta dygresja, toteż zostanie ona ucięta w tym miejscu, a pytanie - bez odpowiedzi.) I kiedy tak szedłem, zasłaniając się parasolem od deszczu, podmuch wiatru niemal wyrwał mi go z ręki i mym oczom ukazał się kot, tyle że całkiem martwy. Jego ułożenie można zobrazować sobie w sposób przyjemny - poprzez jedzenie. Wystarczy wziąć jeden mały słony precelek, odgryźć beleczki wewnętrzne, które przytwierdzają ślimaczki do bananka oraz kawałek, około dwumilimetrowy, samych ślimaczków. W konsekwencji otrzymamy idealne odwzorowanie pozycji kota całkiem martwego. No więc on sobie leżał, cały mokry i rozczochrany. Widocznie w obliczu śmierci było mu już wszystko jedno, możliwe nawet, że za życia też nie dbał za bardzo o wygląd. - pomyślałem i jąłem brać nogi za pas, naglony przez termin odjazdu ostatniego autobusu. Wówczas ujrzałem otwarty pyszczek i oczy kota. Ach! - krzyknąłem, machnąłem ręką, jakbym wziął do ust cały słoik ajvaru, chorwackiego specjału, w wersji hot i - smagany przez krople deszczu, wśród których nie można było rozpoznać ronionych przeze mnie łez, jestem wrażliwy - odszedłem, zostawiając zwłoki same sobie.

2) Wracając tą samą drogą, oczyszczoną z trupów, poczułem, że wiatr ma dzisiaj dobry humor i oddaje się szaleństwom. Wolałbym, żebyś uprawiał swe hulanki nocą, kiedy nic nie stoi na przeszkodzie - powiedziałem, powodując atak śmiechu u wróbla siedzącego na płocie Złomiarni-Nieczynnej-Do-Odwołania. To widocznie nie spodobało się wiatrowi, dmuchnął bowiem we mnie tak mocno, że biedny parasol aż wygiął się ze strachu w drugą stronę i udawał, że jest anteną albo - jeśli patrzy się na niego en face - wielkim megafonem o kanciastej budowie. Przywołałem go jednak do porządku i - ostrożniejszy w werbalizowaniu sądów - podążyłem do domu. Aliści wiatr to ten typ, który tak łatwo nie odpuszcza. Czując się stłamszonym, wydał z siebie ostateczny gwizd. To wywołało we mnie szok tego kalibru, że ujrzałem zielone światło, słyszałem nieustający krzyk kobiety, a na czole poczułem dziwnie piekący ból, który, gdyby wodzić po nim palcem, miałby kształt błyskawicy. Gdy wyszedłem z transu, ujrzałem głowę mojego parasola, turlającą się po brukowanej osiedlowej uliczce. Trzymając w dłoni jego nogę, zapłakałem.

Potem wszedłem do domu i zjadłem zupę.